Nie wiem pod jaką kategorię to podpiąć, ale chyba jakieś niedojebanie i magiczne talenty.
Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto poszedł do sklepu po jedną rzecz i nie brał koszyka, po czym szedł do kasy obładowany jak cygan na targu, modląc się żeby to wszystko nie pierdolnęło.
Otóż mi się zdarza to często. Idę np po śmietanę, a to wezmę jeszcze ser, no i jeszcze chipsy i jeszcze kurwa parówki, ogórka, 5kg mąki i 3kg cukru, srajtaśmę i zgrzewę piwa i jeszcze chuj wie co. Idę po jedna rzecz i przypomina mi się milion innych, które miałam wziąć i muszę akurat teraz. Ręce małe, w pewnym momencie nazbierane rzeczy niesiesz jak dzidziusia, parówy pod pachę, ale ileż się pod tą pachą zmieści.
Jeszcze jak są w tym zestawie warzywa to ładuję trochę do tego woreczka, co ułatwia sprawę, ale nie do końca.
Rozwiązanie jest proste: wziąć koszyk.
Wtedy wychodzę z 2 rzeczami, wkurwiając się przez całe zakupy że musiałam targać ten jebany koszyk.